czwartek, 28 marca 2013
Rozdział I
Od kilku godzin księżyc w pełni lśnił na niebie. Światło słoneczne, które odbijało się od niego rozpraszało w pewnym stopniu mrok i sprawiało wrażenie jakby to księżyc lśnił srebrzystym blaskiem. Większość istot zamieszkujących Zakazany Las przemierzała teraz jego tereny w poszukiwaniu czegoś do jedzenia lub zaatakowania dla zabawy. Las był niebezpieczny nawet w dzień, a co dopiero w noc i to jeszcze podczas pełni. Ale czwórce przyjaciół to nie przeszkadzało. Oni mieliby się bać? Dobre sobie. Największa banda rozrabiaków jaką znał Hogwart nie bała się niczego. No, może z jednym wyjątkiem. Niski, nieco pulchny i wiecznie zapłakany chłopiec imieniem Peter nie był tak odważny jak jego przyjaciele. Właściwie w ogóle nie było w nim odwagi i dopiero oni sprawiali, że był w stanie robić rzeczy, na które normalnie nigdy by się nie odważył, a wejście do Zakazanego Lasu po zmroku wymaga nie lada odwagi.
Mimo, że las obudził się do życia panował w nim spokój. Słychać było tylko szum liści poruszanych wiatrem, ciche pohukiwanie sów. Czasem z dala można było dosłyszeć wycie wilków, albo kto wie, może wilkołaków? Jeden z nich zawył głośno i przenikliwie do księżyca tuż po tym jak z oddali doszedł go głos pobratymca. Stojący obok niego jeleń, siedzący z drugiej strony wielki czarny pies oraz szczur, który dopiero co wdrapał się na poroże jelenia spojrzeli na swojego wilkołaczego przyjaciela. Tak naprawdę nie byli zwierzętami. Jakieś dwa lata temu zostali animagami. chcieli być blisko swojego przyjaciela, móc go wspierać w trudnej chwili. Pewnie nawet nie zdawali sobie sprawy jak bardzo mu tym pomogli. Wiem o tym na pewno bo to ja jestem tym wilkołakiem i to moi przyjaciele trwają u mojego boku podczas każdej pełni. Z początku się bałem, ukrywałem swoją chorobę. Byłem pewien, że jeśli się dowiedz odejdą i nie będą chcieli się ze mną dłużej przyjaźnić. Wiele osób by tak postąpiło, ale nie oni. Usiadłem na chłodnej trawie i spojrzałem w księżyc. Ta noc była melancholijna, każde z nas się zamyśliło. Napłynęły do mnie wspomnienia. Smutne, ale zarazem bardzo szczęśliwe. Wspomnienia dnia, w którym dowiedziałem się jak wspaniałych mam przyjaciół.
To było w trzeciej klasie. Przez dwa lata udawało mi się ukrywać przed nimi prawdę, ale to nie mogło trwać wiecznie. Łatwo oszukać dzieci, którymi byliśmy w tych pierwszych latach szkoły, ale trzecia klasa i trzynaście lat to nie jest już tak mało i pewne rzeczy zaczyna się dostrzegać. Zdawałem sobie z tego sprawę. Moje wymówki robiły się przestarzałe. Ileż razy mogłem się tłumaczyć chorą mamą, albo badaniami sezonowymi, pogrzebem cioci lub innym dziwactwem? Każda kolejna wymówka pozwalała mi dostrzec podejrzliwe miny moich przyjaciół. Zwłaszcza Syriusza, który wbrew pozorom był najbardziej dojrzały z tamtej trójki. Przez kilka pierwszych miesięcy skończyło się na minach, miesiąc później zaczęły się pytania i wątpliwości.
- Twoja matka i ty za często chorujecie, to się robi podejrzane Remusie - odezwał się Syriusz krzyżując ręce na piersi.
Była wtedy obiadowa uczta. Oznajmiłem im między kolejnymi kęsami soczystego kurczaka, że znów będę musiał ich opuścić na kilka dni.
- Poza tym za często umiera ci ktoś z rodziny. Nawet ja nie mam tak wielkiej rodziny, a jestem czarodziejem czystej krwi! - dodał James mierzwiąc w tym czasie swoje włosy bo zauważył, że Lily Evans, rudowłosa Gryfonka, spojrzała w jego stronę.
- Przypuszczam, że nawet mój ród jest mniejszy. Liczbą ciotek i wujków pobijasz nas wszystkich.
Tak, ród Blacków był dumny i wielki. Skoro Syriusz powiedział to bez cienia żartu w głosie znaczyło, że bierze sprawę na poważnie. Być może rzeczywiście za często tłumaczyłem się pogrzebem ciotek i wujków.
- Dajcie spokój. Chyba nie myślicie, że was okłamuję? - okłamywałem. Sprawiało mi to coraz większy problem i było mi z tym coraz gorzej, bo okłamywanie przyjaciół nie jest niczym dobrym, ale co miałem zrobić? Powiedzieć im? Nigdy.
- Nie wiem..ale na pewno znikasz z innego powodu. Czy coś się dzieje? Możesz nam powiedzieć, jesteśmy Twoimi przyjaciółmi - Syriusz wbił we mnie swoje szare oczy. Czasami potrafił nimi przeżywać człowieka na wylot. To nie było przyjemne uczucie. Spojrzałem szybko w talerz bo jeszcze chwila i zacząłbym się jąkać, a to jak przyznanie się do winy.
- Nic się nie dzieje, niepotrzebnie się martwicie. Gdyby to było coś poważnego myślicie, że bym wracał tak szybko i w dobrym humorze? - popatrzyłem na nich i uśmiechnąłem się delikatnie. Udało mi się ich przekonać bo usłyszałem kończące temat westchnięcie Syriusza, który niechętnie wrócił do jedzenia. Wyglądało na to, że tym razem mi się upiekło, ale co potem? Za miesiąc może już nie pójść tak łatwo.
Dokończyłem swoją porcję, popiłem sokiem z dyni i wstałem.
- Pójdę już. Niedługo mam pociąg, lepiej żebym się nie spóźnił bo zamarznę czekając na drugi - posłałem im jeszcze jeden wymuszony, ale na szczęście realistycznie wyglądający uśmiech.
- Jasne, trzymaj się. I mam nadzieję, że mamusia w końcu wróci do zdrowia - James pomachał mi niedbale i wrócił do imponowania Lily swoimi uśmiechami. Na jej miejscu zapewne zacząłbym się śmiać, ale dziewczyna jedynie delikatnie się uśmiechała. Może podśmiechiwała się pod nosem w chwilach, gdy brała kęs jedzenia. Zerknąłem jeszcze na Syriusza i Petera. Peter pożerał kurczaka, a Syriusz patrzył na mnie zamyślony. Odwrócił wzrok, gdy zorientował się, że go obserwuję. Ciekawe o czym myślał...
Wyszedłem z Wielkiej Sali i odetchnąłem z ulgą. Teraz tylko przeżyć pełnię i będzie po wszystkim. Następna taka akcja dopiero za miesiąc. Lepiej się przygotuję na ewentualne pytania i wymyślę nową wymówkę. Poszedłem do dormitorium i schowałem kilka rzeczy do walizki. Nie było mi to potrzebne we Wrzeszczącej Chacie, do której tak naprawdę się wybierałem, ale gdyby zobaczyli, że nic ze sobą nie zabrałem mogliby się domyślić, że tak naprawdę nigdzie nie pojechałem. Gdy walizka była pełna wcisnąłem ją pod łóżko. Nigdy tam nie zaglądali bo aż strach pomyśleć o tych potworach, które mogą się tam czaić. Tak naprawdę jedynymi potworami spod łóżka są tumany kurzu, które mogą co najwyżej przyprawić o kichanie. Być może to tego kurzu wystrzegali się moi przyjaciele, albo chodziło o skrzaty domowe. Te podobno chowają się w takich miejscach by móc być blisko uczniów, ale się im nie pokazywać. Zapewne zwykła plotka jednak w tej chwili przydatna. Wszystko było gotowe. Schowałem do kieszeni eliksir na rany, które odniosę i wyszedłem. Trwał teraz trening quidditcha, w którym brał udział James więc Syriusz i Peter na pewno byli tam razem z nim. Świetnie, wychodziłem przeciwną stroną więc nie było szans by mnie przypadkiem zobaczyli jednak w razie czego zachowałem ostrożność. Po niedługiej chwili byłem już na miejscu.
Był późny wieczór. Siedziałem skulony na dziurawym i ledwo trzymającym się kupy łóżku i rozmyślałem. Jak na złość myślałem o tym co mnie czeka. O bólu przeszywającym moje ciało. O niepohamowanej wściekłości i żądzy krwi. Podczas przemian traciłem swoją osobowość, stawałem się potworem. Moja prawdziwa osoba zapadała się w ciemność poprzez ogromny ból. Zawsze gdy ból ustawał zapadałem w sen podczas, którego stawałem się potworem. Zadrżałem na tę myśl. Pocieszałem siebie, że to potrwa tylko kilka godzin, a potem wszystko wróci do normy. Wrócę do przyjaciół, a oni powitają mnie jak zwykle, opowiedzą co tam u nich, trochę się podenerwuję bo James i Syriusz zapewne pod moją nieobecność wytną jakiś niezbyt przyjemny numer Severusowi. Naprawdę nie rozumiem co mają do tego cichego chłopca.
Z rozmyślań wyrwał mnie odgłos czyichś kroków i skrzypienie starych desek. Drgnąłem na mysl, że ktoś mógł tutaj wejść akurat w tej chwili. Wstałem natychmiast i cofnąłem się do ściany patrząc w stronę wejścia. Serce biło mi jak oszalałe i myślałem, że szybciej bić już nie może, ale pomyliłem się bo przyspieszyło jeszcze bardziej kiedy intruz pojawił się w wejściu.
- S-syriusz...? Co ty tu robisz..? - głos mi drżał. Dlaczego..? Jak..? Skąd on się tutaj wziął?!
Brunet rozejrzał się po pokoju, a potem utkwił zmartwiony i podejrzliwy wzrok we mnie. Podszedł do mnie powoli.
- Co ja tu robię? Co ty tu robisz, Remus? Miałeś być w drodze do szpitala, tak mówiłeś.
Przeszywał mnie wzrokiem. Miałem coś wymyślić? Powinienem, ale było już za późno. Zbliżała się noc, księżyc miał wzejść lada chwila.
- Przepraszam, kłamałem. Ale teraz nie mogę ci nic wytłumaczyć. Musisz stąd iść.
- Nigdzie nie pójdę. W każdym razie nie sam - złapał mnie za rękę i próbował wyciągnąć z pokoju, ale ja wyrwałem się mu.
- Idź stąd!
Drgnął słysząc krzyk wydobywający się z moich ust. Zawsze byłem spokojny. Na przyjaciela krzyknąłem pierwszy raz. Możliwe, że w ogóle w tej szkole pierwszy raz krzyknąłem.
- Nie! Powiedz mi o co chodzi. Dlaczego siedzisz w takim okropnym miejscu? Widziałem jak tutaj idziesz..przez okno..nawet nie wiedziałem, że istnieje tajne przejście, ale skoro istnieje to znaczy, że ty tu przychodziłeś za każdym razem, prawda?
- Tak, to prawda... - zacząłem delikatnie drżeć. Mogło się wydawać, że to z nerwów, ale tak naprawdę starałem się powstrzymać przemianę bo księżyc wynurzył się już z pomiędzy chmur. Jeszcze trochę i się przemienię, a jeśli Syriusz w tym czasie nie ucieknie zabiję go lub skażę na swój los - proszę, wyjdź stąd w końcu! Nie chcę ci zrobić krzywdy..
- Krzywdy..? - nie rozumiał o czym mówię, dostrzegłem to po jego minie, jednak nagle do niego dotarło. Zapewne zobaczył ślady pazurów na ścianach i plamki krwi na podłodze. Mojej krwi. Spojrzał w okno i dostrzegł księżyc. Jęknął cicho cofając się ode mnie - to niemożliwe...
Powiedział tylko tyle, a potem odwrócił się gwałtownie i wybiegł, a mi łzy napłynęły do oczu. W taki oto sposób straciłem przyjaciela. Nie..straciłem wszystkich przyjaciół bo przecież Syriusz im o tym powie, będzie chciał ich chronić przede mną. Skuliłem się na podłodze i rozpłakałem. Tym razem ból był jeszcze gorszy bo bolało mnie nie tylko ciało, ale także dusza.
Obudziłem się w skrzydle szpitalnym. Pani Pomfrey zapewne przyniosła mnie tutaj nim odzyskałem przytomność. To się często zdarzało. Po przemianach mój organizm był bardzo osłabiony wysiłkiem, mutacją i ubytkiem krwi bo zawsze raniłem sam siebie. Usiadłem powoli i obejrzałem bandaże na rękach. Miałem je też w paru innych miejscach. Westchnąłem cicho, to teraz nie było ważne. Do oczu napłynęły mi łzy na myśl, że straciłem przyjaciół, a w każdym razie jednego z nich. Kto by chciał zadawać się z wilkołakiem? Już miałem się rozpłakać kiedy usłyszałem, że ktoś idzie w stronę skrzydła. Powstrzymałem się i przetarłem szybko oczy co było bezcelowe bo łzy natychmiast do nich napłynęły. Spojrzałem na otwierające się drzwi i natychmiast odwróciłem wzrok. To byli oni. Pewnie przyszli powiedzieć mi, że już nie możemy się przyjaźnić. Ledwo się powstrzymałem by nie wybuchnąć płaczem. Podeszli do łóżka, na którym siedziałem. Syriusz i James mieli bardzo poważne miny, Peter jak zwykle był zapłakany. Pewnie się mnie bał..
- Jak się czujesz..? - Syriusz usiadł na łóżku. W jego głosie usłyszałem troskę, ale też i strach. Popatrzyłem niepewnie na niego. Dostrzegł, że płakałem.
- Dobrze.. - to nie było prawdą, ale nie wiedziałem co mam im odpowiedzieć. Czekałem tylko aż powiedzą to czego najbardziej się obawiałem.
- Dlaczego nam nie powiedziałeś..? Dlaczego ukrywałeś coś tak ważnego..? - kontynuował, a ja nadal milczałem - Remus, słyszysz? Odpowiedz..
Spojrzałem Syriuszowi w oczy. Patrzył na mnie tak jakby się o mnie martwił. Czyżby ten strach był strachem o mnie? Pobożne życzenie..odwróciłem głowę i wtedy dostrzegłem Jamesa. Patrzył w bok i zdawał się być zmieszany całą tą sytuacją.
- Nie chciałem byście odeszli.. - odpowiedziałem w końcu, a wszyscy utkwili we mnie swoje spojrzenia.
- Odeszli? - tym razem odezwał się James - dlaczego mielibyśmy odejść?
Jego pytanie mnie zaskoczyło. Nawet bardzo zaskoczyło.
- No bo..przecież jestem wilkołakiem..nikt nie lubi wilkołaków. Wszyscy się ich boją i brzydzą...
James i Syriusz spojrzeli po sobie po czym zaczęli się śmiać. Nic z tego nie rozumiałem...dlaczego oni się śmiali? To przecież nie jest nic śmiesznego..dostrzegli moją skrępowaną i smutną minę bo przestali.
- Nie odeszlibyśmy z tak głupiego powodu. co z tego, że jesteś wilkołakiem? Raz na miesiąc stajesz się wściekłym przerośniętym wilkiem, ale tak naprawdę jesteś miłym, spokojnym i całkiem niegroźnym Remusem - Syriusz zmierzwił mi włosy uśmiechając się w ten swój zadziorny sposób choć tym razem było w jego uśmiechu widać zatroskanie.
- Naprawdę..? - znowu łzy podeszły mi do oczu, ale tym razem nie ze smutku Tym razem były to łzy radości.
- Jasne, że tak~ Kiedy powiedziałem o tym Jamesowi i Peterowi wystraszyli się, ale nikt z nas nie powiedział ani słowa o tym, że nie możemy już być przyjaciółmi. Wręcz przeciwnie. Bardzo się zmartwiliśmy..i przepraszam, że wtedy tak uciekłem, to było głupie - podrapał się zmieszany w tył głowy, a ja aż się cicho zaśmiałem.
- Przyjaciele na dobre i na złe, Remus. Pamiętaj o tym - James uśmiechnął się szeroko i poczochrał mnie po głowie tak jak wcześniej Syriusz.
Tamtego dnia byłem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Bałem się, że odejdą. Lęk ten chodził za mną całe dwa lata szkoły i jeszcze kawałek trzeciej klasy, a gdy wreszcie się dowiedzieli zostali przy mnie. Nawet nie myśleli żeby odejść, nie zaczęli mnie gorzej traktować. Zupełnie jakby nie było problemu, jakby ta moja likantropia była czymś normalnym. Ponadto zostali dla mnie nielegalnymi animagami. To wymagało wiele pracy. Szczerze mówiąc zdziwiłem się, że im się to udało, ale dzięki temu pełnie nie są już takie straszne. W ich towarzystwie moja wilkołacza forma złagodniała. Już tak bardzo się nie ranię. Nawet ból przy przemianie jest jakby mniejszy.
Wstałem i jeszcze raz zawyłem do księżyca. Zbliżał się świt i nadszedł czas by wracać do Wrzeszczącej Chaty. Syriusz trącił mnie delikatnie swoim łbem. Najwyraźniej pomyślał o tym co ja. No tak. Dzięki nim zacząłem pamiętać co robię podczas pełni. Jedynie czasami tracę panowanie. Na widok krwi. Zapewne gdyby podszedł do nas jakiś człowiek też bym stracił kontrolę. Nie da się całkowicie ujarzmić wilkołaka.
Blask księżyca słabł. Las ponownie zasnął i wszystkie niebezpieczne stworzenia pochowały się w swych kryjówkach jakby bały się słońca. Czwórka przyjaciół podążyła wydeptaną przez siebie drogą do walącej się chaty; miejsca, w którym wrócą do ludzkiej formy i będą czuwać przy śpiącym i zmęczonym przyjacielu.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Jej, jakie urocze XD
OdpowiedzUsuńSerio, jak się czyta to czuje się te wszystkie emocje, nawet trudno było mi żreć te parówki. Zajebiście piszesz, opisujesz i ogólnie świetnie zrobiony rozdział. gj~
Przeproś ode mnie parówki, ze przeze mnie wolniej je jadłeś xD
UsuńA tak na serio to dzięki, cieszę się jak zawsze, że ci się podobało :3 Teraz jak piszę to się staram maksymalnie skupiać i jak najlepiej opisywać. W końcu po to nowego bloga zrobiłam xD
Musisz jeszcze trochę popracować nad przecinkami i składnością zdań, ale na prawdę mi się podoba. Podobno masz inne blogi, więc jeśli odpowiesz to zamieść też do nich linki c:
OdpowiedzUsuńDziękuję za radę, na pewno wezmę to pod uwagę :3 Co do innych blogów to mam jednego.Poprzednią wersję tego opowiadania tyle, że napisaną zbyt chaotycznie. http://remus-lupin-werewolf.blogspot.com/
UsuńCzekam i czekam na ten drugi chapter . Codziennie wchodzę na bloga i nic :c Postaraj się napisać kolejny rozdział jak najszybciej :>
OdpowiedzUsuń