środa, 20 marca 2013
Prolog
Był środek dnia. Czteroletni chłopiec o ciemnych blond włosach przypominających brązowawy kolor bawił się samotnie w przydomowym ogrodzie. Był to rozległy teren pełen drzew, kwiatów i kilkoma grządkami warzyw. Uwielbiał to miejsce. Spędzał tutaj większość czasu na zabawach czy to samotnych czy też z rodzicami. Zawsze było wesoło. Bawili się w chowanego, gonili pomiędzy drzewami, obserwowali małe zwierzęta jak na przykład jaszczurki bądź motyle, czasem jakieś ptaki, które odważyły się usiąść na trawie w poszukiwaniu robaków. Podczas samotnych zabaw otaczało go mnóstwo różnego rodzaju zabawek. Ojciec zrobił dla małego Remusa piaskownicę pod największą jabłonią w ogrodzie. Drzewo dawało przyjemny cień choć czasem zrzucało jabłka na głowę lub dopiero co zbudowany zamek z piasku. To było powodem, dla którego chłopiec chwilami nienawidził drzewa. Jednak przeszło mu po czwartych urodzinach bo wtedy dostał swoją pierwszą książkę, o magii oczywiście. Mimo, że miał zaledwie cztery lata potrafił jako tako czytać, a że podręcznik był dla bardzo młodych czarodziejów to nie używano tam trudnych słów. Zabawki zeszły na boczny plan. Teraz Remus wolał usiąść oparty o drzewo lub położyć się na trawie i czytać. Marzył o zostaniu czarodziejem, a wiedział od rodziców, że któregoś dnia to marzenie się spełni.
Jednak to marzenie nie miało się spełnić.
Czar prysł.
Chłopiec na zawsze miał stracić szansę na normalne życie.
Tego dnia Remus także czytał książkę. Nie była to ta, którą dostał w prezencie na urodziny, tamtą już przeczytał i dostał nową więc był całkowicie pochłonięty lekturą. Nie usłyszał jak drzwi furtki otwierają się z cichym lecz przenikliwym skrzypnięciem. Nie usłyszał powolnych kroków i czegoś lub kogoś kto chowa się w krzakach. Coś go obserwowało. Cały dzień. Tej nocy miała być pełnia.
Coś weszło do domu za Remusem, gdy ten przeszedł tarasem przez salon aż do kuchni by coś przekąsić i się napić soku. Coś poszło prosto do jego pokoju i tam zaszyło się czekając aż nadejdzie moment kiedy zaatakuje. Nikt nie zdawał sobie sprawy z obecności tego czegoś. Ani mama, ani tata, ani sam Remus.
Po kolacji i długiej kąpieli podczas, której chłopak bawił się figurką węża morskiego i łódeczką, poszedł do swojego pokoju nie zdając sobie sprawy z niebezpieczeństwa. Było już ciemno, księżyc dawno temu pojawił się za oknem bo blondyn zasiedział się z rodzicami. Pokazywali mu piękne zaklęcia. Mama wyczarowała ptaki, które latały po całym salonie ćwierkając radośnie. Chłopak od razu położył się do łóżka i nakrył kołdrą. Gdy już leżał przyszła jego mama by życzyć mu dobrej nocy i pocałować jego młodą, pełną marzeń i ambicji główkę. Przez chwilę miała wrażenie, że czuje coś niepokojącego. Zdawała sobie sprawę, że ktoś jest w pokoju, ale gdy się rozejrzała nikogo nie zauważyła. Nawet nie usłyszała żadnego hałasu, który mógłby świadczyć o obecności niepożądanej osoby. Cóż więc miała zrobić? Uznała, że jej się zdawało i wyszła poprawiając wcześniej kołdrę Remusowi i podając mu jego ulubionego pluszowego misia z łatką na głowie i brzuszku, którego dostał na pierwsze urodziny. Od tamtego czasu misio wiele przeszedł bo jak wiadomo małe dzieci lubią szaleć.
Remus został w pokoju sam. Oczywiście nie zdawał sobie sprawy, że ktoś tutaj jest. Jeszcze nigdy nie czuł się zagrożony i nie widział powody bać się będąc we własnym domu, we własnym pokoju i we własnym łóżku. Przewrócił się na bok tuląc misia i powoli zaczął zasypiać.
A Greyback wyszedł z ukrycia.
Kochał pełnie, kochał przemiany, a więc nie narobił hałasu gdy to miało miejsce. Zapach dziecka niemal go podniecał. Marzył o tym by zatopić kły w jakimś dzieciaczku. By go rozszarpać na strzępy i sycić się zapachem młodej krwi. Stanął nad łóżkiem niczego nie świadomego, bezbronnego, śpiącego dziecka i oblizał zachłannie pysk. Ledwo się powstrzymywał przed pożarciem go, ale jako jeden z nielicznych likantropów podczas pełni miał swoją ludzką świadomość. Być może właśnie dlatego, że kochał swoją dziką stronę. Powstrzymał się. Chciał jedynie by dzieciak Lupina został przeklęty. Wiedział, że jemu nie będą się podobać przemiany, że będzie przerażony, że zniszczy mu życie i dokopie temu zarozumialcowi, Lupinowi. Prawdopodobnie mały Remus nawet nie przeżyje, zwyczajnie był za młody na coś takiego. Jego organizm mógł nie wytrzymać. Jeszcze raz oblizał pysk i odkrył chłopaka, a ten obudził się czując chłód. Z początku nie zauważył ogromnego wilka stojącego nad jego łóżkiem. Usiadł tylko przecierając jedną dłonią oczy i szukał końca kołdry kiedy poczuł przeszywający ból na ramieniu. Jęknął cicho i dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że nie jest w pokoju sam. Zaczął oddychać głośniej. Ból rozchodził się po całym ciele, a w połączeniu z panicznym strachem paraliżował lepiej niż mugolski paralizator. W końcu jednak z młodego gardła wydobył się przeraźliwy, nieco piskliwy wrzask. Wilkołak nie uciekał. Poczekał aż do pokoju wpadli rodzice Remusa..ale co działo się dalej chłopak nie wiedział. Ból ogarnął całe jego ciało, a potem nastała ciemność. I cisza.
Remus Lupin przeżył. Jego organizm z trudnością wytrzymał zarażenie likantropią, ale dał radę co przyniosło ulgę rodzicom i samemu dziecku. Była to jednak tylko chwilowa ulga bo choć chłopak przeżył czekało go bardzo trudne życie. Wilkołaki nigdy nie były lubiane. Były odtrącane, strącane na społeczny margines. Nie liczono się z nimi. Spora część czarodziejów chciałaby się ich pozbyć i mieć święty spokój. Bano się ich. Nikt nie zdawał sobie sprawy jakie to trudne dla kogoś takiego. Nikt nie pomyślał o comiesięcznych przemianach niosących ze sobą przeogromny ból i masę cierpień. Do tego dni tuż przed pełnią osłabiały organizm do tego stopnia, że Remus je praktycznie przesypiał. Chłopak bał się księżyca, miał koszmary w nocy. Pierwszy rok był najgorszy. Takie małe dziecko nie dawało rady z przemianami, strachem, bólem. Do tego jego marzenia legły w gruzach. Wiedział, że nie zostanie już przyjęty do Hogwartu ani żadnej innej szkoły magicznej, a skoro tak to i nie zostanie najwspanialszym czarodziejem na świecie. Płakał po nocach, czasem też w dzień. Rodzice zachodzili w głowę jak też mogliby mu pomóc. Szukali lekarstwa, czegoś co chociaż to złagodzi, ale nic takiego nie było. Do tego jeszcze Greyback nadal mścił się na ojcu Remusa przez co mieli coraz mniej pieniędzy i wiodło się im coraz gorzej. Chwilami nawet brakowało jedzenia, ale potem się polepszyło. Pieniędzy było tyle że dało się spokojnie choć biednie żyć, ale dla Remusa nie było już nadziei.
Jednak mijały lata, a Remus rósł i powoli godził się ze swoim losem. Likantropia nie była już dla niego taka straszna. Znosił dzielnie wszelkie osłabienia, dawał radę przemianom. Nadal bardzo się bał księżyca w pełni, ale bardzo rzadko płakał. Myślał o znalezieniu mugolskiej szkoły, a potem jakiegoś mugoslkiego zawodu. Ważne, że żył i miał kochających rodziców chociaż przez lekarstwa łagodzące skutki likantropii i wpływom Greybacka na posadę ojca nie byli bogatą rodziną. Nie przeszkadzało mu to w żadnym stopniu. Cieszył się tym co ma i czarował sobie samodzielnie w domu uczony przez rodziców i książki.
Nawet nie śnił, że zmieni się dyrektor Hogwartu.
Nawet nie marzył o tym, że ten nowy dyrektor przyjdzie do niego osobiście, porozmawia z nim na temat jego likantropii, pogłaszcze go czule po głowie, pocieszy i wręczy osobiście list z informacją, że Remus Lupin został przyjęty do Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Zawsze potrafisz to tak ująć, że mam łzy w oczach. Kocham to czytać, jak opisujesz tą jego likantropie... Taki mały dzieciaczek, a już wie że jego marzenia są nie do spełnienia :c na szczęście nie będzie to prawda, ale mimo wszystko tak go szkoda jak się to czyta.
OdpowiedzUsuńJeju, tak to niesamowicie opisałaś, że aż się wzruszyłam.
OdpowiedzUsuńCieszę się, że wróciłaś do pisania i oby wena nie mijała! :)
Naprawdę niezłe, ale radzę dawać więcej akapitów, łatwiej się połapać :)
OdpowiedzUsuńTak jest! Czytałam na poprzednim blogu i mam nadzieję, że na tym dalej będę!
OdpowiedzUsuń